Casio Exilim EX-Z75, bo od czegoś trzeba było zacząć

Choć tradycyjne kompakty nie słyną z przystępności funkcji manualnych, to swego czasu udawało mi się osiągnąć przyjemne dla oka efekty pracy na moim pierwszym kompakcie Casio Exilim EX-Z75. Ponieważ część zrobionych nim zdjęć nadal zdarza mi się wykorzystywać, pomyślałam, że wypadałoby ku pamięci powiedzieć o nim kilka słów.

Matryca 7,2 Mpix, elektroniczna stabilizacja obrazu, maksymalna rozdzielczość 3072 x 2304 piksele i 3-krotny zoom optyczny to jak na dzisiejsze czasy bardzo skromne parametry. Dla fanów nagrywania wspomnień aparat prezentuje się bardzo ubogo – w trybie HQ uzyskamy rozdzielczość jedynie na poziomie 640 x 480 pikseli. W 2007 roku robiło to nieco lepsze wrażenie. Na potrzeby spontanicznych fotek predefiniowane ustawienia tematyczne nieco ułatwiały życie, zwłaszcza, że dostęp do ustawień manualnych był mocno toporny. Kiedyś wydawało mi się, że ekran jest ok., niestety… uruchamiając aparat po kilkuletniej przerwie odkryłam, że „ok.” sprzed kilku lat oznaczało znacznie niższy standard niż dziś. Współcześnie 2,6 calowy wyświetlacz TFT zdecydowanie pełni funkcję jedynie poglądową. Nie możemy z czystym sumieniem upewnić się na nim, że ostrość na pewno jest zadowalająca.

Z uwagi na małą matrycę (1/2,5”) i słabą jasność obiektywu aparat zdecydowanie wykazuje tendencje do ekstremalnego szumienia nocą. W dzień mamy o wiele większe szanse na sukces, jednak nie powinniśmy napalać się na większe zbliżenia niż maksymalne oferowane przez zoom optyczny. Wchodząc w zoom cyfrowy ryzykujemy pojawienie się (w umiarkowanej ilości) fioletowych przebarwień na brzegach jasnych obiektów. Jednak gdy wszystko pójdzie po naszej myśli i zdjęcie satysfakcjonuje nas na ekranie komputera, możemy śmiało zaryzykować wydruk. Największym testowanym przeze mnie formatem dla zdjęć z tego aparatu było 40×50 cm i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że wyszło korzystnie.

Metalowa obudowa okazała się dobrym posunięciem ze strony Casio. Mimo, iż aparat miał okazję wysunąć mi się kilka razy z dłoni (bądźmy szczerzy, te maleństwa ciężko chwycić pewnie i stabilnie, zwłaszcza przy niesprzyjającej zimowej aurze) obudowa ani wnętrze nie ucierpiały na tym. Co więcej, po tylu latach nawet bateria wciąż ma się dobrze, a to już swego rodzaju sukces!

Choć dziś nie mam racjonalnego uzasadnienia do użycia Casio EX-Z75, to wciąż nie potrafię się z nim rozstać. Głównie przez sentyment. Z drugiej strony wciąż istnieją alternatywne możliwości wykorzystania przestarzałych aparatów (jak np. trwała modyfikacja na rzecz fotografii w podczerwieni), więc może kiedyś znajdzie się jeszcze powód, by ruszyć z nim do boju.