Początki fotografii mobilnej z Wildfire S. Cofnijmy się więc o 5 lat

wildfire s

Jak w każdej dziedzinie fotografii, także w tej mobilnej od czegoś trzeba zacząć. W moim wypadku pierwszym sensownym urządzeniem, który można było do tego w jakiś sensowny sposób wykorzystać, był Wildfire S. Może i na dzisiejsze standardy nie jest to już szczególnie zachęcający produkt, ale choćby przez sentyment nie mogłabym go tutaj pominąć.

Wildfire S został wyposażony w aparat o rozdzielczości 5 Mpix. Maksymalna rozdzielczość zdjęć wynosi 2592 x 1728 pikseli. Klasycznie wyposażony został również w diodę LED, która zdecydowanie lepiej sprawdzała się w doświetlaniu, niż jako lampa błyskowa. Zdecydowanie przyjaźnie prezentował się interfejs przeinstalowanej aplikacji. Cyfrowy zoom co prawda jest na pokładzie, a fizyczne przyciski odpowiadające za jego kontrolę zdecydowanie zachęcały do użycia. Niestety, nawet najmniejsze zbliżenie dawało o sobie znać na zdjęciu. Nie zachęcałabym zatem to wspomagania się tą opcją. Z pewnością jednak łatwy dostęp do takich parametrów jak ekspozycja, kontrast, nasycenie, balans bieli czy czułość ISO bardziej zachęcał do powolnego odejścia od ówczesnych aparatów kompaktowych.

W warunkach dziennych aparat Wildfire S radził sobie przyzwoicie, choć miewał tendencje do dokładania fioletowej poświaty. Niestety, wieczorem zaszumienie obrazu dramatycznie rosło, co nie znaczy, że nie dało się nic w tym temacie zdziałać. Wymagało to jednak znacznie więcej cierpliwości i nie każdy nocny temat dałoby się zrealizować. Zdecydowanie mogliśmy jednak zapomnieć wydruku zdjęć w formacie pozwalającym na cokolwiek poza ułożeniem ich w albumie.